Jodi Picoult - Czarownice z Salem Falls

Czarownice z Salem FallsSzukając czegoś ciekawego do poczytania, natrafiłam na “Czarownice z Salem Falls”. Tytuł kojarzy się oczywiście jednoznacznie z “Czarownicami z Salem” (”The Crucible”) Arthura Millera i nawet na początku poszczególnych części zawiera z nich cytaty. Inna sprawa, że tytuł oryginału to po prostu “Salem Falls” i niektórym dramat Millera i powieść Picoult w pierwszej chwili mogą się dziwnie mylić. Mniejsza jednak z tym, najważniejsze, że gdy już zaczęłam czytać, nie mogłam przestać, dopóki nie skończyłam. A książka ma 500 stron!

Jack St. Bride, nauczyciel, zostaje oskarżony przez swoją uczennicę o molestowanie seksualne. Nie przyznaje się do winy, jednakże adwokat przekonuje go, że pójście na ugodę będzie dużo bardziej korzystne i prostsze niż dowodzenie swojej niewinności. Jack trafia do więzienia na 7 miesięcy, a po wyjściu na wolność zaszywa się w malutkiej mieścinie Salem Falls, zaczyna pracę w restauracji “przy zmywaku” i pragnie zacząć wszystko od nowa. Niestety, w małym, spokojnym miasteczku wieść o kryminalnej przeszłośi Jacka szybko się rozchodzi. A jeśli na dodatek w całe zamieszanie wplączą się cztery nastoletnie czarownice…

“Czarownice” - wbrew pozorom - nie są horrorem, książką fantastyczną ani okultystyczną, ani jeszcze nie wiadomo jaką. Owszem, nieroztropne dziewczynki czarują (i te czary wydają się działać), ale najważniejszy jest tu wątek rodzącej się miłości Jacka i Addie, właścicielki restauracji, w której pracuje. Oboje będą musieli zmierzyć się ze swoją przeszłością, by wreszcie móc zmienić swoje życie (czasem w sposób bardzo symboliczny), ale także nieprzewidzianymi wydarzeniami, jakie rozegrają się w Salem.

Picoult pokazuje człowieka zaszczutego, który nie ma już nic do stracenia, jest więc gotowy walczyć do końca, by udowodnić swoją niewinność, nawet jeśli w tę nie wierzy nawet jego prawnik, uśmiechający się pobłażliwie na dźwięk historii kojarzących mu się z “Blair Witch Project”. Zwłaszcza że teraz Jack ma jeszcze Addie, ukochaną kobietę - i to przede wszystkim ona musi mieć do niego pełne zaufanie. Z drugiej strony sali rozpraw staną nastolatki, skrywające swoje mroczne, czasem bardzo dosłownie, sekrety. Picoult stara się pokazać, co kieruje dziewczyną, gdy decyduje się na kłamstwo. A może w tym kłamstwie jest jednak coś z prawdy?

Dużym plusem książki jest olbrzymia ilość różnorodnych postaci, a każdej autorka poświęca parę słów, dzięki czemu robią bardzo przekonujące wrażenie. Poza głównym wątkiem mamy trochę pobocznych, choć wszystko ładnie łączy się w spójną całość. Książka - choć ma prawie 500 stron - nie nuży ani przez chwilę. Czytelnik chce wiedzieć, co się stanie za chwilę, zwłaszcza że Picoult odkrywa prawdę powoli, po kawałeczku, tak, że dopiero z czasem dowiadujemy się, co tak naprawdę stało się w lesie koło Salem Falls.

To z kolei, co denerwuje, to tłumaczenie. Generalnie jest bardzo dobre, bez większych zgrzytów, denerwuje jednak wrzucanie “się” zawsze przed czasownik. “Się zastanowił”, “się przestraszył” - w pojedynczych przypadkach nie denerwuje, ale używane co chwila, trochę jednak denerwuje. Nie wiem, czemu pani Katarzyna Kasterka zdecydowała się na taki szyk w zdaniach.

“Czarownice z Salem Falls” to książka o współczesnym polowaniu na czarownice (jak oficjalnie reklamowana jest książka), z żywymi, ciekawymi postaciami i wciągającą fabułą, choć dla fanów sensacji się nie nadaje - raczej dla tych, którzy lubią ciekawe portrety psychologiczne.

PICOULT, Jodi. Czarownice z Salem Falls. Warszawa : Prószyński i S-ka, 2008

Published in: Kącik kulturalny | on kwiecień 3rd, 2008 |

You can leave a response, or trackback from your own site.

Komentarze: 4 Leave a comment.

  1. On czerwiec 13, 2008 at 2:14 po południu kata Said:

    Jako autorka tłumaczeń z zasady pokornie się poddaję krytyce i na nią nie odpowiadam, nawet jeżeli w opiniach pojawiają się totalne idiotyzmy w rodzaju: “słowo bastard nie istnieje w jęz. polskim” (cf. Wielki Słownik Języka Polskiego, tom I, str. 368); ale w tym jedynym przypadku postanowiłam zareagować. Chciałam bowiem wszystkim zainteresowanym uprzejmie przypomnieć, że najbardziej poprawną i prefereowaną pozycją słowa “się” w polszczyźnie jest pozycja PRZED CZASOWNIKIEM, o czym - niestety - w zalewie chłamu językowego coraz mniej osób pamięta, a o czym - z uporem maniaka - zamierzam wszystkim wykształciuchom przypominać. Z poważaniem, tłumaczka.

  2. On czerwiec 15, 2008 at 8:35 po południu agamaruda Said:

    Mam nadzieję, że wpisałam brakujące słowo w odpowiednim miejscu. Co do “się”, to nie będę się kłócić (O, no proszę…). Po prostu mi osobiście nie zawsze to pasuje. Po raz kolejny ze smutkiem przepraszam, że śmiem mieć własne zdanie na jakiś temat. :(

  3. On czerwiec 16, 2008 at 11:43 przed południem kata Said:

    Bardzo uprzejmie dziękuję Dziewczynie Estreichera. Słowo wpisane w idealnym miejscu. Naturalnie, zawsze należy mieć własną opinię i wcale się nie należy smucić z tego powodu. Natomiast uważam, że najbardziej poprawne fomy trzeba promować, ponieważ ilość błedów, na które się natykamy, sprawia, że te najlepsze zaczynają nam się wydawać dziwne. Pozdrawiam serdecznie, tłumaczka. (Będe wdzięczna za usunięcie adresu maila, ponieważ jest on grzecznościowo mi użyczony).

  4. On czerwiec 16, 2008 at 3:47 po południu agamaruda Said:

    ja prowadzę swoją osobistą krucjatę przeciw nieprawidłowo stawianym przecinkom. Niestety, nie pomaga. Ot, taka refleksja autorki bloga na temat poziomu polszczyzny…

Leave a Comment