Zakładka

Przydaje się czasem sprzątnąć. Dzięki wywaleniu wszystkiego z szafki i ponownym ułożeniu, znalazłam zagubione przed miesiącami zakładki do książek. Nie znaczy to oczywiście, że przez tyle czasu żyłam bez zakładek - zdążyłam złożyć sobie nową kolekcję. Nie mogłam jednak przeboleć utraty tamtych, zbieranych tyle lat. Bo, jak się okazuje, kolekcjonowanie czegokolwiek nigdy nie polega na pójściu do sklepu i kupieniu 10 - dajmy na to - zakładek. A nawet jak się tak zrobi, to to nigdy nie będzie to samo co wieloletnie zdobywanie ich tu i tam.

Na szczęście teraz moja kolekcja jest już pełna i liczy sobie ponad 30 sztuk. Tu w Warszawie oczywiście, bo w Płocku mam osobny zestaw. Co więc ciekawego udało mi się wygrzebać spomiędzy książek?

Pierwszym znaleziskiem była zagrzebana w tytule o Google’u zakładka przywieziona z Krety. Już samo jej egzotyczne pochodzenie nadaje jej dużą wartość pamiątkową, nie wspominając już o pięknym widoku na nadmorskie miasteczko i latarnię. W każdym razie ta pierwsza dała mi nadzieję, że jestem na właściwym tropie i moje zguby gdzieś w tym burdelu odnajdę.

I znalazłam - zakładkę z Luną Alfonsa Muchy, kupioną na wystawie jego prac w Muzeum Narodowym, gdzie byłam z dziadkami na Nocy Muzeów i stałam dwie godziny w kolejce. Z obrazem Wyspiańskiego, przywiezioną z wycieczki szkolnej. Z kwiatami (to chyba mocno rozłożone, dzikie róże… nigdy się nad tym nie zastanawiałam), którą mam chyba od zawsze i którą pogryzł mi brat. Mam kilka sztuk zdobytych w trakcie ostatnich Targów Książki. Mam z angielskimi słówkami. Przysłane w promocji przez Świat Książki. Z poznańskimi koziołkami. Zdobyte w trakcie szkoły letniej w Jarocinie (no dobra, jedna to ulotka z Lecha, ale ma odpowiedni kształt. Ja nie wybrzydzam). Z kawą Jacobs, z Politechniki Warszawskiej, z kotkami i pieskami. Nie brakuje też pocztówek albo biletów, chociażby z wrocławskiego ogrodu japońskiego. No i jedna “zdobyczna”, którą powinnam oddać właścicielowi, ale ciągle o tym zapominam… zwłaszcza że ładna jest, z Cezannem.

Aha, no i jeszcze takie śmieszne metalowe z rybkami i serduszkiem, które dostałam od mamy, ale boję się ich używać, żeby kartki się nie pogniotły. I nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy odkładają książki rozłożone na oparciu fotela okładką do góry albo - brońcie mnie bogowie i szatani - zaginają róg. Albo zapamiętują numer strony lub korzystają z rachunków. No i po co, skoro można mieć zakładkę? Albo 30?

Tak, wiem, i tak nigdy nie wykorzystam wszystkich naraz. Ale powiedzmy, że ich liczba pasuje do księgozbioru, równie chyba przesadnie dużego…

Published in: Różności | on wrzesień 4th, 2009 |

You can leave a response, or trackback from your own site.

Komentarze: 8 Leave a comment.

  1. On wrzesień 4, 2009 at 2:31 po południu Malin Said:

    Ja na razie z takich bardziej znaczących mam zakładkę przywiezioną z Barcelony przez znajomą bibliotekarę i drugą, przywiezioną z Dublina przez inną znajomą bibliotekarkę :-)

    A metalowa zakładka jest jednym z lepszych wynalazków, używam czegoś takiego od jakiegoś czasu i zdecydowanie sobie cenię. I nie za bardzo rozumiem jak można tym pognieść kartki…

  2. On wrzesień 4, 2009 at 2:37 po południu agamaruda Said:

    Hmm… w takim razie chyba wypróbuję moją metalową rybkę… jak tylko sobie przypomnę, gdzie ją położyłam -_-’

  3. On wrzesień 5, 2009 at 5:04 po południu Ola Said:

    Ha! I ja mam kolekcję zakładkową :P
    Obiecuję jakąś sprezentować ;]

  4. On wrzesień 5, 2009 at 10:29 po południu M. Said:

    też lubię zakładki. nawet swoją pierwszą firmę nazwałem ‘Antykwariat Zakładka’ :-)
    Zakładek książkowych mam wiele.. niestety łatwo się gubią…

  5. On wrzesień 11, 2009 at 12:13 przed południem Arieen Said:

    A ja jakoś nie potrafię się do zakładek przekonać i nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Po prostu nie i już, nie robią na mnie wrażenia, nie chce mi się ich zbierać, równie dobrze mogłyby dla mnie nie istnieć. Oczywiście nie pochwalam zaginania rogów kartek (choć przyznam,że niekiedy mi się zdarza - np. gdy muszę szybko ewakuować się z autobusu i zależy mi na zaznaczeniu, gdzie przerwałam lekturę), a że z pamięcią u mnie nie za bardzo, to ratuje się fragmentami kartek, rachunkami itp. Też zakładki, tyle że jednorazowe i bardzo prymitywne ;).

    Cóż, może moja niechęć do zakładek wynika z tego, że nie lubię rzeczy, które szybko się niszczą (a do tej kategorii należą papierowe zakładki), poza tym nie mam zmysłu kolekcjonera (gromadzę jedynie książki, a i to stosunkowo od niedawna).

  6. On wrzesień 11, 2009 at 12:19 przed południem agamaruda Said:

    Moje niektóre zakładki mają już wiele lat, a jakoś się wbrew pozorom nie niszczą. Rachunki na pewno szybciej umierają ;)

  7. On wrzesień 11, 2009 at 7:07 przed południem Arieen Said:

    Hmmm, a z tych, które ja tam przypadkiem miałam żadna nie przetrwała miesiąca :p. Widocznie czytam za “agresywnie” :P.

    Hmm, chociaż może metalowa zakładka… :>

  8. On listopad 19, 2009 at 7:08 po południu Nasze domowe biblioteczki [2] | pulowerek.pl Said:

    [...] I żeby nie było – za tym rysunkiem z Major Motoko stoją oba filmy kinowe i dwa sezony serialu, a na górze leżą mangi spod tego samego znaku (rozkompletowane – jedna część jest w Płocku). Tak, na ścianie mam plakat z “Ghost in the Shell”. A na przedzie moja kolekcja zakładek. [...]

Leave a Comment