Andrzej Sapkowski - “Żmija”
Czytaj też na Votum Separatum
Moja przygoda z nową powieścią Andrzeja Sapkowskiego zaczęła się niezbyt szczęśliwie. „Żmija” ma brzydką okładkę, srajtaśmowy papier i stanowczo za mały dolny margines. Do tego robi wrażenie zaskakująco krótkiej w porównaniu z 5-tomowym Wiedźminem czy 3-częściową Trylogią Husycką. Ale nie ocenia się przecież książki po okładce.
Afganistan, zastawa „Newa”. Praporszczyk Paweł Lewart ma złe przeczucia, które szybko się sprawdzają. Zaatakowane wojska sowieckie zostają zmiecione z ziemi przez afgańskie „duchy”, przeżywają nieliczni. Lewart, po niezbyt przyjemnym przesłuchaniu, zostaje wysłany razem z uzupełnieniem na zastawę „Sołowiej”. Tutaj zaś oczaruje go złota żmija o złotych oczach. Z czarną, pionową źrenicą.
I to właściwie tyle, jeśli chodzi o fabułę, gdyż – moim skromnym zdaniem – książka takowej nie posiada. Jednakże pierwsze wrażenie zrobiła dobre, przywodząc mi na myśl wojenny film „9. kompania”. Wszystkie sceny walk, jak i typowe żołnierskie rozmowy czy zwyczaje zostały opisane ciekawie i stanowią najsilniejszy element powieści. Tak jak rozmowy o sytuacji w Związku Radzieckim lat .80. Autor postarał się o realizm – znajdziemy tu masę nazw broni czy pojazdów, a także wypowiedzi czy piosenki po rosyjsku, angielsku, francusku. Czy jest to plus czy minus, każdy zadecydować może sam. O ile fachowe słownictwo rzeczywiście dodaje klimatu, to na dłuższą metę potrafi zmęczyć. Ostatecznie nie będę co chwilę sprawdzać w zamieszczonym na końcu słowniczku wszystkich „magicznych trzej literek” typu RPG. Mi osobiście wystarczy informacja, że ktoś strzelił z granatnika. Komuś jednak taka szczegółowość może przypaść do gustu.
Klimat wojennej zawieruchy – to jest właśnie w tej książce dobre. I chyba niewiele więcej. Główny bohater nie wzbudza sympatii, a historia jego dzieciństwa i polskie korzenie wydają się być dorobione na siłę. Jego „przeczucia” od pierwszej chwili wydają się czytelnikowi podejrzane, ale nie przeszkadzało to autorowi wyjaśnić jak krowie na rowie (ustami Stanisławskiego) o co chodzi, zamiast jeszcze trochę pozwolić nam wierzyć, że to zwykła intuicja. Tak samo historia bardzo dobrze obyłaby się bez tytułowej żmii. W praktyce wszystkie elementy fantastyczne są najzwyczajniej zbędne. Gdy tylko pojawiała się złoty wąż, zaczyna wiać nudą. Co ciekawe, tak długo jak postaci rozmawiały o sprawach związanych z polityką, walkami, warunkami życia w Afganistanie – mówiły ciekawie. Natomiast wszystkie wypowiedzi dotyczące żmii są sztuczne, nienaturalne.
Tak samo nudne są fragmenty, w których przenosimy się w przeszłość, a Sapkowski uraczył nas przygodami wojowników Aleksandra Wielkiego oraz brytyjskiego podporucznika Edwarda Drummonda. Niestety, połączenie różnych wojen toczących się na przestrzeni wieków przy pomocy magicznej żmii nie udało się, co najgorsze jednak – do niczego to przenoszenie się w czasie nie prowadzi.
O ile jeszcze losy naszych radzieckich bohaterów mogą wzbudzić w nas jakieś refleksje (obawiam się, że niezbyt głębokie – jaka ta wojna zła i w ogóle… banał, moi drodzy), o tyle żmija służy niewiadomo czemu. Niby ma przedstawiać Afganistan jako kraj nie do podbicia, ale za dużo głębi w tym nie ma. Całkiem szczerze powiem, że wyszłoby książce na dobre, gdyby wyrzucić z niej wszystkie wątki fantastyczne, zdolności paranormalne i historyczne wtręty. Wystarczyłaby mi smutna, ponura książka o wojnie w klimatach „9. kompanii”. Na pewno nie byłaby odkrywcza, ale przynajmniej nie nudna. I może wtedy autor wymyśliłby jakąś trzymającą się kupy fabułę.
Na koniec przyczepię się przykładowego zdania zaraz z pierwszej strony: „W krótkich chwilach świtu, tylko w tych krótkich chwilach, na krótką chwilę Afganistan staje się piękny”. Podobno taki już styl ma Sapkowski. Podobno lubi się powtarzać. Ale czytając „Żmiję” czasami zgrzytałam zębami, widząc takie konstrukcje. Ogólnie od strony językowej nie ma fajerwerków.
Czytać czy nie czytać? W sumie można, ale ja już bardziej wolę wrócić do „Ostatniego Życzenia”.
You can leave a response, or trackback from your own site.
[...] tu nie naopowiadał. Że Sapkowski w piórka obrósł. Szybkie rozpoznanie w internecie, o choćby tutaj bardzo podobna [...]