Podsumowanie posemestralne część V

Idzie sesja, zbliża się więc kolejne podsumowanie posemestralne. Już po raz piąty będę wam smęcić o tym, co było nudne i chwalić to, co było ciekawe. Zacytuję parę co ciekawszych powiedzonek, przedstawię sposoby zaliczenia przedmiotów i nabluzgam na trudne egzaminy.

Zacznę od tego ostatniego - nienawidzę pamięciówki. Niczego (poza kotem) tak nie znoszę jak bezpłodnej, bezsensownej, kradnącej mi czas i robiącej wodę z mózgu pamięciówki. Przeczytaj odtąd dotąd, naucz się tego a tego. Niby skąd się wzięła zasada “zakuć, zdać, zapomnieć”? Mózg sam się broni i kasuje całą tę wkutą tylko na potrzeby egzaminu wiedzę. Dlatego cieszy mnie chociażby “gratis” z naukoznawstwa, bo przynajmniej zrobiłam coś twórczego - posiedziałam, poczytałam, poszukałam, porobiłam podsumowania i tabelki, na koniec ubrałam moją pracę w formę prezentacji. I choć było to męczące, praco- i czasochłonne, to jednak dawało mi jakieś poczucie satysfakcji.

Dlatego też wiem już, że zaraz po egzaminie zapomnę wszystko, czego się na niego nauczyłam. Zapomnę, bo będę do danej wiedzy, wałkowanej w kółko, już zniechęcona. Bo będę zmęczona nauką. Bo już nie będzie mnie to interesowało. Albo przytoczę ulubiony argument studentów: “a na cholerę będzie mi to potrzebne?”. O ile w ogóle się nauczę, bo gdy tylko biorę notatki do ręki, zasypiam. Mimo że jestem wyspana. Wredny mózg się broni…

Wiem, wiem, może inaczej się nie da. Jakoś oceny trzeba wystawić, jakoś wiedzę trzeba sprawdzić, coś trzeba zrobić, żeby jednak studenci na wykłady przychodzili… a we łbach może jednak coś im zostanie, może czegoś mądrego jednak się nauczą. No i w końcu trzeba ich trochę postraszyć, że nie zaliczą i nie podejdą do obrony, bo to już przecież licencjat kwitnie. I jeszcze w kółko się powtarza, że student to się w ogóle nie uczy.

Tyle marudzenia, bo moje myśli skręciły w złą stronę. Zamiast tego będzie krótkie wyjaśnienie, bo się przyda przed rozpoczęciem V cyklu podsumowań:

Wszelkie przezwiska, ksywki, zniekształcenia imion i nazwisk oraz innego dziwne określenia, jakie podaję przy nazwiskach wykładowców, nie są moją radosną twórczością. Osobiście nie odczuwam potrzeby wymyślania komukolwiek przezwisk. Jedynie z kronikarskiego obowiązku (teoretycznie piszę tu o życiu naszego instytutu) cytuję to, co wymyślili studenci. Tak, drodzy wykładowcy, to studenci tak na was wołają, oni to wymyślają, oni tego używają. Ja pozwalam sobie jedynie ich zacytować.

I to tyle. Na resztę przyjdzie czas, gdy mój indeks wypełni się ocenami. I USOS też.

Tym samym życzę powodzenia w nadchodzącej sesji i przed nią.

Published in: podsumowanie posemestralne (V) | on styczeń 17th, 2010 |

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Comment