Sesja marcowa
Jest pierwszy marca, czyli początek sesji poprawkowej. W związku z tym wszystkim życzę powodzenia, zwłaszcza tym, którzy realizują plan 1-3-5. Mam nadzieję, że jeszcze nie zjedliście w akcie szaleństwa własnych (w niektórych przypadkach cudzych) notatek. Ja jestem blisko.
Smuci mnie, że to kolejna marudna notka. Ktoś mógłby odnieść wrażenie, że przestałam lubić moje studia. W chwilach takich jak ta (no dobrze, jeszcze w chwilach, gdy uświadamia mi się, że jestem idiotką, bo nie chcę się przenieść na inny kierunek/uczelnię/wybrałam sobie głupią ścieżkę na magisterce/chcę żyć tak, a nie inaczej, ale nikt tego nie rozumie, bo wasz sposób na życie jest najlepszy) naprawdę przestaję. Przestaję, gdy myślę, że 3 marca chciałabym zacząć pisać pracę licencjacką. Chciałabym zacząć pisać opowiadanie. I jakąś całkiem sensowną notkę na bloga. Przeczytać wszystkie zaległe RSS-y, które naprawdę mnie interesują. Narysować gościa w garniturze (nie pytajcie. Po prostu mi potrzebny.). Ale zamiast tego 3 marca kończę naukę do egzaminu i rozpoczynam naukę do poprawki, którą i tak zdam co najwyżej na ładne oczy. Bo uczenie się tego cholerstwa jest - uwaga, bo tu będzie najbardziej szpetny, głęboko obraźliwy bluzg - trudniejsze nawet od wkucia 70 slajdów na Przetwarzanie Informacji IV. Naprawdę. Tam chociaż robiłam jakieś postępy. A tu od półtora tygodnia gapię się w notatki i nic. Nic, nic, nic. Szare komórki straciły zdolność do zapisywania informacji.
Kiedy wstałam rano świeciło słońce. Teraz idzie wielka chmura, robi się ciemno, a ja dziś miałam wyjść i załatwić te wszystkie zaległe rzeczy. Eh. Zamiast tego może jeszcze trochę się pouczę.
PS. Wiem, że takie marudzenie jest żałosne. Ale co mam zrobić? Co mam zrobić, skoro piszę o moich studiach, a nie mam nic innego do powiedzenia?